Się kręci 2012-09-25 17:28:58
Nawet nie wiem kiedy za plecami znalazły się letnie miesiące, gdzieś dawno mieliśmy lipiec, sierpniowa kartka z kalendarza mało obfitująca w terminy (przypadkiem trafiłam z Julą do okulisty pomimo braku stosownej notki) też odeszła w przeszłość. Jesteśmy na ostatniej linijce września. Września!
Zaliczyliśmy już dwa szkolne debiuty: debiut gimnazjalisty oraz debiut uczennicy klasy pierwszej Państwowej Szkoły Muzycznej. Matka przeżyła, uczniowie też.
Gimnazjalista działa jak działał, mam wrażenie, że wcale się nie uczy a oceny znosi całkiem niekiepskie. Dość szybko otrząsnął się ze zmiany matematyczki (choć nie oszukujmy się każdy matematyk będzie lubiany przez Kubę już na starcie, ponieważ jest nauczycielem matematyki). Zapoznawszy się z programem nauczania już w czasie wakacji dobrze nastawił się do fizyki oraz chemii, do przedmiotów humanistycznych i artystycznych ma natomiast nadal stosunek ambiwalentny. Na szczęście lekturą na dobry początek jest Tolkien i jego "Dwie wieże" -tutaj pani od polskiego nieświadomie zapunktowała. Dobrze się czyta na zmianę z "Eragonem", "Zwiadowcami" (po raz milionowy) oraz "Igrzyskami śmierci" (które sobie wzajemnie podbieramy).
Córka średnia wreszcie ma prawdziwe oceny i jak zwykle się stara. Ten typ tak ma. Natura prymuski, lekcje odrabia jeszcze w szkole, albo w dniu, kiedy jest zadane (nawet na za tydzień). Boi się matematyki, więc mocno się do niej przykłada i pracowicie ślęczy nad zadaniami dla chętnych. Nie wiem, po kim to ma, raczej nie po mamusi, która często gęsto lekcje na kolanie przed samymi lekcjami. Generalnie zadowolona i z dużej ilości nauczycieli (którzy i tak ją znają, jako młodszą siostrę swojego brata), jak i z nowych przedmiotów.
Szkoła muzyczna też okazała się nie być taka straszna (dla mnie), plan lekcji udało się ułożyć idealnie a to najbardziej spędzało mi sen z oczu. Lekcje ma dwa razy w tygodniu, kwadrans po skończeniu zajęć w szkole, żadnych okienek. Cudnie jest! Chociaż jak patrzę na podręcznik do kształcenia słuchu, czyli jakiś tam solfaż to mnie słabo się robi. Na szczęście córka twierdzi, że łatwizna i nie wygląda na zestresowaną czwartkową kartkówką.
Należy też się parę słów dla nowego instrumentu w naszym domu, czyli skrzypiec. Nie jest źle, jak ćwiczy w swoim pokoju przy zamkniętych drzwiach to prawie w salonie nie słychać a jak przyjdzie do salonu i prezentuje swe umiejętności to nawet się tego da słuchać. Czasami jeszcze zajedzie ostro Teklą ale cóż i Paganini musiał jakoś zaczynać (choć z tego, co kojarzę to lekko w dzieciństwie nie miał). Generalnie jak sobie obserwuję Majkę z tymi skrzypcami, to stwierdzam, że to jest bardzo trudny instrument, na tak wiele aspektów trzeba zwracać uwagę...
Najmłodsza nasza Julianna to swoich obowiązków szkolnych podchodzi z właściwym sobie luzem, przeplatanym buntem w momencie, gdy matka postanawia interweniować i na przykład każe poprawić błędy w zeszycie. Bywa gorąco (i głośno).
Jak sobie pomyślę, to nie należymy do najcichszej rodziny w okolicy, gdyż zwykle gra muzyka ze źródeł różnych a my tę muzykę przekrzykujemy na linii: parter -piętro, przy akompaniamencie tupotu coraz większych stóp oraz trzaskania drzwiami. Czy trzaskające drzwi są dowodem na posiadanie na pokładzie nastolatka? Niekoniecznie, Julianna umie lepiej.